Ten kto walczy, nie musi być smutny

 

Francuska piosenkarka Dalida w 1973 roku po raz pierwszy zaśpiewała: Tak, jestem chora, kompletnie chora. Wyprałeś mnie ze wszystkich snów, z mych pieśni, marzeń, zdarzeń, słów i moje serce dręczy się, tak chore. Cztery lata później nieszczęśliwie zakochany francuski filozof Roland Barthes napisał zaś: Katastrofa. To gwałtowny kryzys, w trakcie którego doświadczający sytuację miłosną jako pułapkę, z której nigdy nie zdoła się wydostać, dostrzega, że jest skazany na całkowite zniszczenie. To wszystko, co zostało po katastrofie. Choroba z piosenki Dalidy. To, co się widzi, kiedy sprzed oczu bezpowrotnie znika osoba, która jeszcze niedawno siadywała naprzeciwko. Pamiętnik z czasu stopniowego zbierania się w sobie, obrazy z kolejnych etapów mozolnego odzyskiwania wiary, że warto nadal patrzeć. Nieostrości na skraju jawy i snu, na granicy wspomnień i ich iluzji, na skraju życzenia i lęku, obecności i mirażu – gdzieś pomiędzy nostalgią, która łudzi nadzieją na odzyskanie przeszłości, a odważną konfrontacją z pustką, która nie obiecuje jeszcze żadnej przyszłości. To szukanie tego, który odszedł i zostawił po sobie rzeczy, miejsca, skojarzenia. Zawsze o chwilę za wcześnie albo za późno, jak w poczekalni. Jeszcze za wcześnie, żeby się pogodzić ze stratą, za późno, żeby się wobec niej buntować. Zmęczone oczy dobrze znoszą miejsca opustoszałe, spokojne, które nie rozpraszają nadmiarem bodźców i otwierają myśli na nowe możliwości. Lubią miejsca, w które można kogoś włożyć. Kogoś, kogo już nie ma – albo kogoś, kto się pojawi.

 

Karolina Sulej

< >